ziemia.

ja ziemia sucha tęsknię by rozkwitnąć kwiatem
najbielszym delikatnym  -  płatkami utulać
rosy kropelki rannej motyle skrzydlate
i – gdy mnie zdeptać zechce – stopy mego Króla

ja ziemia popękana chcę się zrosnąć w całość
dlatego wodę krew i miłość w siebie chłonę
i ciągle pragnę więcej ciągle mi zbyt mało
choć niewiele pomieścić mogą moje dłonie

ja ziemia porzucona marzę  - przyjdzie kiedyś
i wyczekując kroków wsłuchuję się w ciszę
- po linię horyzontu zagarnie mnie wtedy
sobą spękania zamknie  pamięć ukołysze

i wtedy najpiękniejsze rozkwitną ogrody
tam gdzie pustynny wicher ciągle dmuchał żarem
spośród piasku ziarenek ssał ostatek wody
wciąż na nowo rozrzucał brudu sterty stare

wtedy najcudowniejsze powrócą zielenie
cień na nowo położy się w trawie przy drzewach
i szmat brudnych okrycie w światła szatę zmienię
i po wieczności koniec zawsze będę śpiewać…

Kategoria: Bez kategorii | Zostaw komentarz

przegląd

Tak się zastanawiam, co mi odbiło, by wyjechać na Mazury. Gdzie ja rozum miałam…? No, ale pojechałam i do teraz pluję sobie w brodę z tego powodu, bo takie hece nie na moje nerwy.
Sama podróż zdecydowanie w porządku i w miłym towarzystwie, ale za to po przekroczeniu progu rodzinnego domu miałam ochotę zrobić w tył zwrot i szybko przebierać nogami w stronę jakąkolwiek – byle dalej.
To jakiś wyższy poziom absurdu, gdy rodzice włączają dzieci w konflikty z własnymi rodzicami. Do mojej mamy chyba nie dociera, że opieki nad osobą starszą uczę się przez obserwację – i ciężki będzie los mojej mamy, jeśli trafi na starość pod moje skrzydła…
Dla wszystkich nadgorliwych, mających przed oczyma duszy swojej wizję staruszki zakutej w łańcuchy, trzymanej o chlebie i wodzie – sorry, nie ta bajka. Cała kwestia rozbija się o to, że nagle pod jednym dachem znalazła się moja mama (która była sama sobie panią od śmierci męża, tj od 9 lat) oraz moja babcia, sama od lat dwudziestu z okładem. Śpieszę donieść, że charakter mam po przodkach – proszę więc sobie wyobrazić dwie silne indywidualności, zależne od siebie, na powierzchni 60 metrów kwadratowych. Jedna niedomyta szklanka dostarcza powodów do awantury na tydzień…
No i właśnie tak spędziłam majówkę, między młotem a kowadłem, bo każda z wyżej wymienionych pań uważa, że racja jest po jej stronie, i czemu nie chcę tego przyznać, no? Przecież córka powinna być po stronie matki / przecież należy bronić niedołężnej staruszki!
Osobiście stoję po stronie zdrowego rozsądku, a on nakazuje mi omijać dom rodzinny z daleka.
Toteż obeszłam całe miasto wzdłuż i wszerz (nie zajęło to wiele czasu), poprzytulałam małą Julę, udawałam że się uczę – ot, i cała historyja.

***
Siedzę w barze na dworcu Wawa Zach. Barek kiepski, kawa genialna. Stolik dalej siedzi nobliwy pan w kapeluszu i konsumuje obiad. Po chwili wstaje, sprząta, nachyla się nade mną i mówi:
- Jest pani niesamowitą kobietą
I wychodzi. a ja zdębiałam i do dziś nie wiem, co o tym myśleć.
***
W przedstawieniu na oKULuarach grałam panią z dziekanatu (szpilki plus czerwona mini, pierwszy i ostatni raz w życiu!). Teraz mnie za próg dziekanatu baby nie wpuszczą :) . Ale przyznać muszę, że chłopaki grający abp. Budzika i kard. Bertone nagle zaczęli mieć branie jak rosówki w dżdżysty dzień. W sumie trudno się dziwić :)
(Dżoana, ogarnij, z organisty męża nie będzie).
***
Dziwnie mi. Uczę się mniej niż powinnam, mam drgawki na myśl o hebrajskim, obiecano mi już oblanie egzaminu z filozofii (bo tak). Co trzy dni robię awantury Najwyższemu, bo mnie doprowadza do szału (ON już wie, o co mi chodzi), by po chwili spokornieć, bo kim ja jestem, by Mu awantury robić…?
Byleby mnie zachował od ślepoty na piękno.

Kategoria: foto, proza życia | Zostaw komentarz

jestem aspołeczna i lubię swoją pracę

Bo ja to sie muszę do czegoś przyznać.
Nie lubię ludzi.
Ludzi, których nazywam “bliskimi” można policzyć na palcach jednej ręki pijanego pracownika tartaku.
Jedyny człowiek, którego brak odczuwam bardzo mocno, to mój Ojciec – ale ponieważ wierzę w świętych obcowanie, to problem mam z głowy.
Dobrze jest czasami wyskoczyć z kimś na pizzę. Albo pojechać na obóz. Poplotkować na korytarzu. Przytulić się. Zrobić obiad. Ale żeby codziennie?!
I tu wychodzi, że do związków to ja się kompletnie nie nadaję – no bo jak to tak? Codziennie? Spotykać się? Przytulać? Rozmawiać? A niby o czym? Czy mężczyzna ma jakieś zastosowanie praktyczne?
I za to na przykład uwielbiam Anię i Annę Marię – możemy nie odzywać się do siebie przez miesiąc, ale gdy sie juz spotkamy jest tak, jakbyśmy się nigdy nie rozstawały. Ja wiem, ze mogę na nie liczyć o każdej porze dnia i nocy, one – mam nadzieję – wiedzą, że jestem zawsze do ich dyspozycji. I gra gitara.
Na studiach jakoś pokumałam się z Martą. Było nieźle. Jakieś referaty, odwiedziny, herbatki, takie tam. Poszło psu pod ogon, gdy Marta znalazła chłopaka. Nie jestem zazdrosna, cieszę się jej szczęściem – ale ostatni raz wyszłyśmy razem w październiku. Nie możemy pogadać nawet na przerwach, bo Dominik mnóstwo czasu spędza u nas na korytarzu. Ja rozumiem: zakochani mają swoje prawa, ale czy to się czasem nie nudzi? Ile można patrzeć sobie w oczy, nie widząc świata w około?
A tak mnie naszło na takie rozkminy, bo uświadomiłam sobie, że ostatnio jedyną osobą, którą widuję w miarę regularnie, jest mój spowiednik. A to jest już lekko niepokojące.
Zbyt dużo czasu spędzam w domu lub na uczelni – życie towarzyskie znajduje się na poziomie wody zaskórnej.

Kategoria: Bez kategorii | Komentarzy: 2